"Koniec szczęśliwego zakończenia"
_________________________________________________________________________________
Błysnęła lampa w aparacie, a po chwili rozległ się śmiech dwóch osób.
Hermiona i Draco tarzali się ze śmiechu na trawie nie mogąc przestać. Mieli jeszcze chwilę do przyjazdu przyjaciół, więc postanowili się trochę powygłupiać.
- Draco! - wysapała dziewczyna pomiędzy napadami śmiechu. - Dobra, już koniec!
Oboje usiedli na ziemi z uśmiechami na ustach. W końcu zapomnieli o tym, co ich czeka, ale nie na długo.
- Draco, co będzie dalej? - chłopak przysunął się bliżej i objął ją ramieniem.
- Na początek pozbędziemy się tego cholernego bandziora, a potem będziemy żyli długo i szczęśliwie.
- To może się stać w każdej chwili...
- Wiem. - chłopak ukląkł przed Hermioną i spojrzał jej w oczy. - Ale zobaczysz, wszystko będzie dobrze - wskazał na pierścionek na jej palcu.
- Tak bardzo cię kocham! - wyszeptała Miona ze łzami w oczach.
- Hej, zaczynacie bez nas! - z oddali dało się słyszeć oburzony, lecz pomieszany z rozbawieniem głos Harry'ego.
- My, bez was? Nigdy! - roześmiali się.
Przyszli wszyscy: Harry, Pansy, Ginny, Blaise, Ashley, Theodor. Tak dobrze ich było widzieć wszystkich całych i zdrowych.
- No co tak stoicie, siadajcie - zagadnął ich Draco.
- Jak dobrze - mruknął Theodor i położył się na kolanach Hermiony. - I pomyśleć, że za niedługo ten spokój może być zakłócony.
- Mogę ci go zakłócić już w tej chwili, kolana mojej narzeczonej są moje!
- Wiesz, że nie o to mi chodzi - zaperzył się Nott. - I jeśli Hermiona nie ma nic przeciwko, to jednak jeszcze poleżę na jej kolanach.
- Uspokójcie się. - Ginny próbowała podnieść wszystkich na duchu. - Jeszcze zobaczycie, że pewnego dnia znowu będziemy siedzieć tak jak teraz, wszyscy razem... No, może w większym gronie - tu spojrzała znacząco na Dracona i Hermionę.
Siedzieli tak rozmawiając o wszystkim i o niczym, ciesząc się tym, że jeszcze są młodzi. Zrobiło się późno i ósemka przyjaciół zaczęła się zbierać. Nagle zadzwonił telefon Malfoya. Młody dziedzic zdziwił się. Kto normalny do niego dzwoni o tej porze? Lecz kiedy tylko zobaczył numer na wyświetlaczu, wszystko było już jasne.
- Czy to już? - zapytał na dzień dobry.
- Jeśli masz resztę pod ręką, to powiedz im i to szybko. Śmierciożercy wkroczyli właśnie do Hogwartu i to na mojej zmianie! Zaczyna się rzeź.
- Zaraz tam będziemy - mruknął Draco i rozłączył się. Wsadził pośpiesznie telefon do kieszeni i krzyknął za przyjaciółmi, którzy nie zwrócili uwagi na to, że nie idzie za nimi.
- Zaczęło się. - wszyscy zgodnie obrócili się w jego stronę. - Dostałem właśnie wiadomość od Willa, musimy ruszać.
Ginny wydała z siebie zduszony okrzyk i wypuściła z ręki koszyk piknikowy, który niosła. Oczy Hermiony mówiły same za siebie. Nie było czasu, chwycili się wszyscy za ręce i po chwili znikli z cichym pyknięciem.
Teleportowali się w Zakazanym Lesie. Z oddali dochodziły odgłosy walki, nawoływania rannych. Wśliznęli się do zamku i od razu odnaleźli Willa.
- Dobrze, że już jesteście. Jak na razie jest chyba dobrze, ale Śmierciożerców jest coraz więcej. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymamy. O, Harry, Dumbledore chciał cię widzieć.
Przez następne godziny walczyli wszyscy razem oczekując powrotu Harry'ego od Dumbeldora. Kiedy ten nie wracał, Hermiona, Pansy i Draco poszli go szukać. Po piętnastu minutach zobaczyli go ledwo żywego przygniecionego przez stertę gruzu, która zapewne była kiedyś ścianą zamku.
- Harry! - krzyknęła Hermiona i uklękła obok przyjaciela.
- Uważaj, Potter, bo pomyślę, że moja narzeczona woli ciebie ode mnie - Dracona dobry humor nie odstępował nawet na chwilę.
- Nic ci nie będzie, zaraz cię wyciągniemy - uspokajała go Miona.
- Nie, nie, Dumbledore nie żyje. Ktoś musi zanieść to i umieścić na wieży astronomicznej - wyszeptał Harry ze łzami bólu w oczach i pokazał im małe pudełeczko.
- Ja to zrobię, a Pansy niech wyciągnie cię z pod tych kamieni - wyrwała się Gryfonka.
- Ja pójdę z tobą - zawyrokował blondyn i objął dziewczynę.
Już mieli odchodzić, kiedy brunet przyciągnął Hermionę do siebie i wyszeptał do ucha.
- Herm, stamtąd nie ma odwrotu, umrzecie... - w jego oczach czaiła się troska, smutek i żal.
- Jeśli tak trzeba... - wyszeptała dziewczyna i pocałowała go w czoło. Jej głos nie wyrażał absolutnie niczego poza smutkiem. Wiedziała, co wiąże się z udziałem w tej bitwie i była gotowa oddać nawet życie.
- Żegnaj... - powiedział jej jeszcze przyjaciel, po czym i Miona i Draco zniknęli za rogiem korytarza.
Biegli ile sił w nogach. Załatwili kilku Śmierciożerciów, w pojedynkach nie mieli sobie równych. Kiedy dotarli na szczyt najwyższej wieży w cały zamku, Hermiona wyjęła z kieszeni już mocno poniszczonej kurtki, złote pudełeczko.
- Harry powiedział, że nie ma odwrotu... - spojrzała w oczy swojego ukochanego.
Draco wiedział, co to oznacza.
- Idź... - wyszeptała dziewczyna ze łzami w oczach, na co on tylko pokręcił przecząco głową, a łzy popłynęły po jego brudnej twarzy.
- Jeśli mamy zginąć, to tylko razem - powiedział.
- Idź, idź - zaczęła szlochać Hermiona, wtulając się w ramiona Draco. - Uratuj przynajmniej siebie...
- Nie. - teraz chłopak również płakał. Nie odejdzie bez niej, nigdy! Przytulił ją mocniej; to mogła być ich ostatnia chwila. - Zrób to - powiedział.
- Draco, idź... - dalej powtarzała Hermiona. Chłopak spojrzał swoimi lekko zaczerwienionymi oczami na jej lśniącą od łez twarz.
- Nigdzie bez ciebie nie pójdę - wyszeptał, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. - Kocham cię i nic tego nie zmieni - starł palcem łzy z jej brudnej twarzy i pocałował lekko, ten ostatni raz... - A teraz stawmy czoła śmierci tak ja wszystkiemu, co dotąd nas spotkało.
- Tak bardzo cię kocham... - powiedziała Miona i otwarła pudełko. W środku znajdował się mały srebrny przycisk. Spojrzeli po sobie i mocniej przytulili.
- Na trzy - wychrypiał Dracon. - Raz... dwa... trzy!
Hermiona zaszlochała i mocniej wtuliła się w Draco, ale wcisnęła przycisk. Rozbłysło oślepiające światło....
Rozległ się potężny huk. Harry spojrzał w górę na wieżę astronomiczną. W jednej chwili blade światło pochłonęło wszystko dookoła, a w drugiej, wszyscy Śmierciożercy wyparowali. Rozległy się wiwaty i oklaski, ale Harry nie był skłonny do radości. Wiedział, jaki był koszt skończenia tej bitwy.
- Draco i Hermiona nieźle się spisali, jak tylko wrócą to zrobimy niezłą imprezę! - Pansy wyglądała na w niebo wziętą. Harry'emu zaczęły spływać łzy. - Dlaczego płaczesz? Przecież wszystko dobrze się skończyło - zainteresowała się Pan mocniej obwiązując nogę Harry'ego bandażem.
- Pansy, oni nie wrócą...
- Kto nie wróci?
- Draco i Hermiona... Oni nie wrócą...
Dziewczyna zastygła w połowie czynności. Wyglądała jakby ktoś ją spetryfikował. Brunet zobaczył w jej oczach łzy.
- Jak to nie wrócą? Harry, co ty w ogóle wygadujesz? - jej głos drżał. Chłopak nie zdążył jej odpowiedzieć, ponieważ do Wielkiej Sali wpadła reszta paczki, wyglądali na całych i zdrowych, z mniejszy lub większymi ranami, ale przy tym tak szczęśliwi, jakby właśnie spełniło się ich wielkie marzenie.
- Widzieliście naszą zakochaną parę? - zagadnęła ich Ginny.
- Właśnie, szukaliśmy ich, ale nie mogliśmy znaleźć. - do rozmowy włączył się Blaise.
Nikt nic nie odpowiedział.
- Bo ich już tu nie ma... - szepnął Harry i spojrzał Pansy w oczy.
- Jak to nie ma? Przecież nie poszliby od tak do domu - zaśmiała się Ginny, chyba wcale nie rozumiejąc przekazu bruneta.
- Oni odeszli... - szepnął jeszcze ciszej Chłopiec-Który-Przeżył.
Wszystkich jak grom z jasnego nieba poraził sens słów chłopaka. Ginny osunęła się na ziemię i oparła o ławkę, z szeroko otwartymi oczami. Theodor usiadł i zakrył twarz rękoma. Nastała grobowa cisza. Nikt nie zdołał się odezwać.
- To nie możliwe... Ale jak? - wyszeptała ledwo słyszalnie Ruda roztrzęsionym głosem. - Ta wojna to miało być ich szczęśliwe zakończenie, mieliśmy być wszyscy razem...
Harry opowiedział im wszystko od chwili kiedy dał Hermionie owe dziwne pudełeczko od Dumbledora.
Ciała Dracona i Hermiony znaleziono jeszcze tego samego dnia. Leżeli przytuleni do siebie, trzymając się za ręce, a na ich twarzach widoczne były jeszcze ślady łez. Nie było po nich widać nic szczególnego. Ubrania poplamione i poszarpane, były takie same jak przed dziwną jasnością. Ich palce były złączone, a lśniły na nich srebrno-złote obrączki. Wyglądali tak, jakby zaraz po bitwie po prostu zasnęli... Ginny osunęła się na ziemię i rozpłakała.
- To nie prawda... - zawodziła. - Dlaczego mnie zostawiłaś? - pochyliła się nad Hermioną. - Przyjaciółki na zawsze... - wyszeptała jeszcze.
Pansy nie mogąc na to patrzeć odwróciła się i wtuliła w Harry'ego. Theodor wyciągnął różdżkę i wyczarował wieniec z róż. Teraz rozumieli przekaz Harry'ego sprzed kilku lat "nie wiecie jak to jest kiedy kumpel ginie na waszych oczach...". Ich przyjaciele leżeli bez życia, a przecież jeszcze kilkanaście godzin temu, razem się śmiali i żartowali...
Tego dnia znaleziono jeszcze wiele ciał, wiele osób tak samo jak Hermiona lub Draco leżących bez życia...
Harry przechadzał się po dziedzińcu. Pansy jako tako nastawiła mu nogę, oraz kilka żeber. Chodził bez konkretnego celu, aby tylko nie siedzieć w miejscu i zastanawiać się co by było, gdyby ta cholerna ściana wtedy nie runęła na niego. Po około pół godzinie bezsensownego spaceru coś jednak przykuło jego uwagę. Uklęknął i wygrzebał spod kamiennej warstwy pokrywającej dziedziniec długą czarną różdżkę. A więc Voldemort też zniknął. Wezbrała w nim wściekłość, przecież to wszystko było winą tego zakichanego dupka! Przełamał różdżkę na pół i wspiął się na najwyższą stertę gruzu. Kilka osób zwróciło ku niemu oczy, a po chwili pod jego "podium" zebrał się mały tłum.
- Od dzisiaj jesteśmy wolni! - krzyknął. - Wiem, że właśnie do tego dążyliśmy, aby stworzyć nowe społeczeństwo, w którym nikt nie będzie nas terroryzował i okłamywał, ale nigdy nie chciałem tworzyć go takim kosztem! - ryknął, a kilku ludzi spojrzało na niego nierozumiejącym wzrokiem. - Wczoraj za naszą wolność pożegnaliśmy dwójkę wspaniałych ludzi - Hermionę Granger i Dracona Malfoya. Gdyby nie oni, nie wygralibyśmy... Oddali swoją szansę na lepsze życie, abyśmy my ją mieli... Nie ja jestem wybawcą, ale oni... I teraz sobie myślę, czy było warto... - ostatnie słowa wypowiedział prawie szeptem. Wiedział, co powiedziałaby teraz Hermiona: że nawet za taką cenę było warto się poświęcić. Ale teraz nie chciał o tym myśleć, liczyło się tylko to, że przed kilkoma godzinami stracił najlepszą przyjaciółkę... Zjechał po stercie kamieni, na których stał i odszedł. Ludzie, którzy słuchali jego przemówienia, a było ich sporo, mieli nietęgie miny, wielu z nich nie wiedziało, dlaczego tak naprawdę Śmierciożerców wcięło.
Kilkadziesiąt lat później
- ...Wielu było w waszym wieku, albo młodszych, a wszyscy walczyli, abyście wy mogli mieć normalne życie, zwykłe dzieciństwo... Żadne dziecko nie powinno przeżyć czegoś takiego... Żadne... - dokończyła smutno.
- Pani Profesor, pani też tam walczyła, prawda? - zapytała blond włosa dziewczyna ze Slytherinu.
- Tak, ja również byłam jeszcze w szkole, kiedy rozegrała się druga bitwa o Hogwart, dokładniej w szóstej klasie... - zamyśliła się. Dalej mijały jej przed oczami te obrazy, umierający ludzie, nawoływania rannych... - My, nauczyciele, opowiadamy wam to wszystko, abyście kiedyś mogli opowiedzieć to swoim dzieciom, a one swoim, aby ta historia nie znikła pośród wielu legend i bajek, abyście nie popełnili kiedyś tego samego błędu co Lord Voldemort... Kiedy historia o ludziach, którzy walczyli zostanie zapomniana, jaki sens miałoby ich poświęcenie... Czy umarliby na próżno?
W tej chwili zadzwonił dzwonek, ale uczniowie nie wypadli z klasy tak szybko jak zazwyczaj. Siedzieli pogrążeni w swoich myślach, a kiedy w końcu zaczęli się zbierać, miny mieli nietęgie. Ona zawsze tak działała na swoich uczniów.
Gdy w końcu ostatni maruder wyszedł z klasy, kobieta zamknęła drzwi i wyszła na zimne błonia. Minęła wielki pomnik młodych obrońców Hogwartu i ruszyła dalej. Po około trzech minutach marszu zatrzymała się przy równie wielkim pomniku. Przedstawiał on dwoje ludzi trzymających się za ręce z różdżkami wyciągniętymi daleko przed siebie. Napis pod statuą głosił:
Ginny uśmiechnęła się lekko i wyczarowała pod tabliczką wieniec z róż. Wyjęła z kieszeni płaszcza już dosyć mocno poniszczone zdjęcie - te samo, które Hermiona i Draco zrobili na polanie tego feralnego dnia. Łzy zaszkliły jej się w oczach. Pamiętała, co powiedziała wtedy na polanie. To było ich ulubione miejsce, które wybrali właśnie Smok z Mioną. Wrócili tam tylko jeszcze jeden raz, aby złożyć hołd poległym przyjaciołom.
- Wracając do twojego pytania, nie wiem jak to się stało, ale to było prawdziwe, szczere uczucie... Koniec tej wojny miał być początkiem ich szczęśliwego zakończenia... a był jego końcem.
- Draco! - wysapała dziewczyna pomiędzy napadami śmiechu. - Dobra, już koniec!
Oboje usiedli na ziemi z uśmiechami na ustach. W końcu zapomnieli o tym, co ich czeka, ale nie na długo.
- Draco, co będzie dalej? - chłopak przysunął się bliżej i objął ją ramieniem.
- Na początek pozbędziemy się tego cholernego bandziora, a potem będziemy żyli długo i szczęśliwie.
- To może się stać w każdej chwili...
- Wiem. - chłopak ukląkł przed Hermioną i spojrzał jej w oczy. - Ale zobaczysz, wszystko będzie dobrze - wskazał na pierścionek na jej palcu.
- Tak bardzo cię kocham! - wyszeptała Miona ze łzami w oczach.
- Hej, zaczynacie bez nas! - z oddali dało się słyszeć oburzony, lecz pomieszany z rozbawieniem głos Harry'ego.
- My, bez was? Nigdy! - roześmiali się.
Przyszli wszyscy: Harry, Pansy, Ginny, Blaise, Ashley, Theodor. Tak dobrze ich było widzieć wszystkich całych i zdrowych.
- No co tak stoicie, siadajcie - zagadnął ich Draco.
- Jak dobrze - mruknął Theodor i położył się na kolanach Hermiony. - I pomyśleć, że za niedługo ten spokój może być zakłócony.
- Mogę ci go zakłócić już w tej chwili, kolana mojej narzeczonej są moje!
- Wiesz, że nie o to mi chodzi - zaperzył się Nott. - I jeśli Hermiona nie ma nic przeciwko, to jednak jeszcze poleżę na jej kolanach.
- Uspokójcie się. - Ginny próbowała podnieść wszystkich na duchu. - Jeszcze zobaczycie, że pewnego dnia znowu będziemy siedzieć tak jak teraz, wszyscy razem... No, może w większym gronie - tu spojrzała znacząco na Dracona i Hermionę.
Siedzieli tak rozmawiając o wszystkim i o niczym, ciesząc się tym, że jeszcze są młodzi. Zrobiło się późno i ósemka przyjaciół zaczęła się zbierać. Nagle zadzwonił telefon Malfoya. Młody dziedzic zdziwił się. Kto normalny do niego dzwoni o tej porze? Lecz kiedy tylko zobaczył numer na wyświetlaczu, wszystko było już jasne.
- Czy to już? - zapytał na dzień dobry.
- Jeśli masz resztę pod ręką, to powiedz im i to szybko. Śmierciożercy wkroczyli właśnie do Hogwartu i to na mojej zmianie! Zaczyna się rzeź.
- Zaraz tam będziemy - mruknął Draco i rozłączył się. Wsadził pośpiesznie telefon do kieszeni i krzyknął za przyjaciółmi, którzy nie zwrócili uwagi na to, że nie idzie za nimi.
- Zaczęło się. - wszyscy zgodnie obrócili się w jego stronę. - Dostałem właśnie wiadomość od Willa, musimy ruszać.
Ginny wydała z siebie zduszony okrzyk i wypuściła z ręki koszyk piknikowy, który niosła. Oczy Hermiony mówiły same za siebie. Nie było czasu, chwycili się wszyscy za ręce i po chwili znikli z cichym pyknięciem.
Teleportowali się w Zakazanym Lesie. Z oddali dochodziły odgłosy walki, nawoływania rannych. Wśliznęli się do zamku i od razu odnaleźli Willa.
- Dobrze, że już jesteście. Jak na razie jest chyba dobrze, ale Śmierciożerców jest coraz więcej. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymamy. O, Harry, Dumbledore chciał cię widzieć.
Przez następne godziny walczyli wszyscy razem oczekując powrotu Harry'ego od Dumbeldora. Kiedy ten nie wracał, Hermiona, Pansy i Draco poszli go szukać. Po piętnastu minutach zobaczyli go ledwo żywego przygniecionego przez stertę gruzu, która zapewne była kiedyś ścianą zamku.
- Harry! - krzyknęła Hermiona i uklękła obok przyjaciela.
- Uważaj, Potter, bo pomyślę, że moja narzeczona woli ciebie ode mnie - Dracona dobry humor nie odstępował nawet na chwilę.
- Nic ci nie będzie, zaraz cię wyciągniemy - uspokajała go Miona.
- Nie, nie, Dumbledore nie żyje. Ktoś musi zanieść to i umieścić na wieży astronomicznej - wyszeptał Harry ze łzami bólu w oczach i pokazał im małe pudełeczko.
- Ja to zrobię, a Pansy niech wyciągnie cię z pod tych kamieni - wyrwała się Gryfonka.
- Ja pójdę z tobą - zawyrokował blondyn i objął dziewczynę.
Już mieli odchodzić, kiedy brunet przyciągnął Hermionę do siebie i wyszeptał do ucha.
- Herm, stamtąd nie ma odwrotu, umrzecie... - w jego oczach czaiła się troska, smutek i żal.
- Jeśli tak trzeba... - wyszeptała dziewczyna i pocałowała go w czoło. Jej głos nie wyrażał absolutnie niczego poza smutkiem. Wiedziała, co wiąże się z udziałem w tej bitwie i była gotowa oddać nawet życie.
- Żegnaj... - powiedział jej jeszcze przyjaciel, po czym i Miona i Draco zniknęli za rogiem korytarza.
Biegli ile sił w nogach. Załatwili kilku Śmierciożerciów, w pojedynkach nie mieli sobie równych. Kiedy dotarli na szczyt najwyższej wieży w cały zamku, Hermiona wyjęła z kieszeni już mocno poniszczonej kurtki, złote pudełeczko.
- Harry powiedział, że nie ma odwrotu... - spojrzała w oczy swojego ukochanego.
Draco wiedział, co to oznacza.
- Idź... - wyszeptała dziewczyna ze łzami w oczach, na co on tylko pokręcił przecząco głową, a łzy popłynęły po jego brudnej twarzy.
- Jeśli mamy zginąć, to tylko razem - powiedział.
- Idź, idź - zaczęła szlochać Hermiona, wtulając się w ramiona Draco. - Uratuj przynajmniej siebie...
- Nie. - teraz chłopak również płakał. Nie odejdzie bez niej, nigdy! Przytulił ją mocniej; to mogła być ich ostatnia chwila. - Zrób to - powiedział.
- Draco, idź... - dalej powtarzała Hermiona. Chłopak spojrzał swoimi lekko zaczerwienionymi oczami na jej lśniącą od łez twarz.
- Nigdzie bez ciebie nie pójdę - wyszeptał, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. - Kocham cię i nic tego nie zmieni - starł palcem łzy z jej brudnej twarzy i pocałował lekko, ten ostatni raz... - A teraz stawmy czoła śmierci tak ja wszystkiemu, co dotąd nas spotkało.
- Tak bardzo cię kocham... - powiedziała Miona i otwarła pudełko. W środku znajdował się mały srebrny przycisk. Spojrzeli po sobie i mocniej przytulili.
- Na trzy - wychrypiał Dracon. - Raz... dwa... trzy!
Hermiona zaszlochała i mocniej wtuliła się w Draco, ale wcisnęła przycisk. Rozbłysło oślepiające światło....
Rozległ się potężny huk. Harry spojrzał w górę na wieżę astronomiczną. W jednej chwili blade światło pochłonęło wszystko dookoła, a w drugiej, wszyscy Śmierciożercy wyparowali. Rozległy się wiwaty i oklaski, ale Harry nie był skłonny do radości. Wiedział, jaki był koszt skończenia tej bitwy.
- Draco i Hermiona nieźle się spisali, jak tylko wrócą to zrobimy niezłą imprezę! - Pansy wyglądała na w niebo wziętą. Harry'emu zaczęły spływać łzy. - Dlaczego płaczesz? Przecież wszystko dobrze się skończyło - zainteresowała się Pan mocniej obwiązując nogę Harry'ego bandażem.
- Pansy, oni nie wrócą...
- Kto nie wróci?
- Draco i Hermiona... Oni nie wrócą...
Dziewczyna zastygła w połowie czynności. Wyglądała jakby ktoś ją spetryfikował. Brunet zobaczył w jej oczach łzy.
- Jak to nie wrócą? Harry, co ty w ogóle wygadujesz? - jej głos drżał. Chłopak nie zdążył jej odpowiedzieć, ponieważ do Wielkiej Sali wpadła reszta paczki, wyglądali na całych i zdrowych, z mniejszy lub większymi ranami, ale przy tym tak szczęśliwi, jakby właśnie spełniło się ich wielkie marzenie.
- Widzieliście naszą zakochaną parę? - zagadnęła ich Ginny.
- Właśnie, szukaliśmy ich, ale nie mogliśmy znaleźć. - do rozmowy włączył się Blaise.
Nikt nic nie odpowiedział.
- Bo ich już tu nie ma... - szepnął Harry i spojrzał Pansy w oczy.
- Jak to nie ma? Przecież nie poszliby od tak do domu - zaśmiała się Ginny, chyba wcale nie rozumiejąc przekazu bruneta.
- Oni odeszli... - szepnął jeszcze ciszej Chłopiec-Który-Przeżył.
Wszystkich jak grom z jasnego nieba poraził sens słów chłopaka. Ginny osunęła się na ziemię i oparła o ławkę, z szeroko otwartymi oczami. Theodor usiadł i zakrył twarz rękoma. Nastała grobowa cisza. Nikt nie zdołał się odezwać.
- To nie możliwe... Ale jak? - wyszeptała ledwo słyszalnie Ruda roztrzęsionym głosem. - Ta wojna to miało być ich szczęśliwe zakończenie, mieliśmy być wszyscy razem...
Harry opowiedział im wszystko od chwili kiedy dał Hermionie owe dziwne pudełeczko od Dumbledora.
Ciała Dracona i Hermiony znaleziono jeszcze tego samego dnia. Leżeli przytuleni do siebie, trzymając się za ręce, a na ich twarzach widoczne były jeszcze ślady łez. Nie było po nich widać nic szczególnego. Ubrania poplamione i poszarpane, były takie same jak przed dziwną jasnością. Ich palce były złączone, a lśniły na nich srebrno-złote obrączki. Wyglądali tak, jakby zaraz po bitwie po prostu zasnęli... Ginny osunęła się na ziemię i rozpłakała.
- To nie prawda... - zawodziła. - Dlaczego mnie zostawiłaś? - pochyliła się nad Hermioną. - Przyjaciółki na zawsze... - wyszeptała jeszcze.
Pansy nie mogąc na to patrzeć odwróciła się i wtuliła w Harry'ego. Theodor wyciągnął różdżkę i wyczarował wieniec z róż. Teraz rozumieli przekaz Harry'ego sprzed kilku lat "nie wiecie jak to jest kiedy kumpel ginie na waszych oczach...". Ich przyjaciele leżeli bez życia, a przecież jeszcze kilkanaście godzin temu, razem się śmiali i żartowali...
Tego dnia znaleziono jeszcze wiele ciał, wiele osób tak samo jak Hermiona lub Draco leżących bez życia...
Harry przechadzał się po dziedzińcu. Pansy jako tako nastawiła mu nogę, oraz kilka żeber. Chodził bez konkretnego celu, aby tylko nie siedzieć w miejscu i zastanawiać się co by było, gdyby ta cholerna ściana wtedy nie runęła na niego. Po około pół godzinie bezsensownego spaceru coś jednak przykuło jego uwagę. Uklęknął i wygrzebał spod kamiennej warstwy pokrywającej dziedziniec długą czarną różdżkę. A więc Voldemort też zniknął. Wezbrała w nim wściekłość, przecież to wszystko było winą tego zakichanego dupka! Przełamał różdżkę na pół i wspiął się na najwyższą stertę gruzu. Kilka osób zwróciło ku niemu oczy, a po chwili pod jego "podium" zebrał się mały tłum.
- Od dzisiaj jesteśmy wolni! - krzyknął. - Wiem, że właśnie do tego dążyliśmy, aby stworzyć nowe społeczeństwo, w którym nikt nie będzie nas terroryzował i okłamywał, ale nigdy nie chciałem tworzyć go takim kosztem! - ryknął, a kilku ludzi spojrzało na niego nierozumiejącym wzrokiem. - Wczoraj za naszą wolność pożegnaliśmy dwójkę wspaniałych ludzi - Hermionę Granger i Dracona Malfoya. Gdyby nie oni, nie wygralibyśmy... Oddali swoją szansę na lepsze życie, abyśmy my ją mieli... Nie ja jestem wybawcą, ale oni... I teraz sobie myślę, czy było warto... - ostatnie słowa wypowiedział prawie szeptem. Wiedział, co powiedziałaby teraz Hermiona: że nawet za taką cenę było warto się poświęcić. Ale teraz nie chciał o tym myśleć, liczyło się tylko to, że przed kilkoma godzinami stracił najlepszą przyjaciółkę... Zjechał po stercie kamieni, na których stał i odszedł. Ludzie, którzy słuchali jego przemówienia, a było ich sporo, mieli nietęgie miny, wielu z nich nie wiedziało, dlaczego tak naprawdę Śmierciożerców wcięło.
Kilkadziesiąt lat później
- ...Wielu było w waszym wieku, albo młodszych, a wszyscy walczyli, abyście wy mogli mieć normalne życie, zwykłe dzieciństwo... Żadne dziecko nie powinno przeżyć czegoś takiego... Żadne... - dokończyła smutno.
- Pani Profesor, pani też tam walczyła, prawda? - zapytała blond włosa dziewczyna ze Slytherinu.
- Tak, ja również byłam jeszcze w szkole, kiedy rozegrała się druga bitwa o Hogwart, dokładniej w szóstej klasie... - zamyśliła się. Dalej mijały jej przed oczami te obrazy, umierający ludzie, nawoływania rannych... - My, nauczyciele, opowiadamy wam to wszystko, abyście kiedyś mogli opowiedzieć to swoim dzieciom, a one swoim, aby ta historia nie znikła pośród wielu legend i bajek, abyście nie popełnili kiedyś tego samego błędu co Lord Voldemort... Kiedy historia o ludziach, którzy walczyli zostanie zapomniana, jaki sens miałoby ich poświęcenie... Czy umarliby na próżno?
W tej chwili zadzwonił dzwonek, ale uczniowie nie wypadli z klasy tak szybko jak zazwyczaj. Siedzieli pogrążeni w swoich myślach, a kiedy w końcu zaczęli się zbierać, miny mieli nietęgie. Ona zawsze tak działała na swoich uczniów.
Gdy w końcu ostatni maruder wyszedł z klasy, kobieta zamknęła drzwi i wyszła na zimne błonia. Minęła wielki pomnik młodych obrońców Hogwartu i ruszyła dalej. Po około trzech minutach marszu zatrzymała się przy równie wielkim pomniku. Przedstawiał on dwoje ludzi trzymających się za ręce z różdżkami wyciągniętymi daleko przed siebie. Napis pod statuą głosił:
Hermiona Granger oraz Draco Malfoy
dwoje młodych ludzi, których poświęcenie uratowało... i zabiło
Ku czci ich pamięci
Ginny uśmiechnęła się lekko i wyczarowała pod tabliczką wieniec z róż. Wyjęła z kieszeni płaszcza już dosyć mocno poniszczone zdjęcie - te samo, które Hermiona i Draco zrobili na polanie tego feralnego dnia. Łzy zaszkliły jej się w oczach. Pamiętała, co powiedziała wtedy na polanie. To było ich ulubione miejsce, które wybrali właśnie Smok z Mioną. Wrócili tam tylko jeszcze jeden raz, aby złożyć hołd poległym przyjaciołom.
- Pani Profesor... - odwróciła się zaskoczona. Zwykle nikt tu nie przychodził.
- Panno Mishingan, co pani tu robi? - zapytała młodą dziewczynę, która należała do Gryffindoru.
- Przyszłam popatrzeć. To zabawne, że dzięki nim uwolniliśmy się od Voldemorta, a tak naprawdę niewiele o nich wiemy.
- Bez przesady, przecież każde dziecko w naszym kraju wie...
- Jak szlachetny czyn uczynili, ale nic więcej.
Nastała krępująca cisza.
- Pani ich znała. - wypaliła nagle bez zastanowienia dziewczyna.
Ginny obejrzała się jeszcze raz w jej stronę po czym westchnęła.
- Znałam... Hermiona była moją najlepszą przyjaciółką... - jeszcze raz westchnęła. - Ona i Draco się nie znosili, a później... stali się nierozłączni... Nawet w obliczu śmierci - pojedyncza łza spłynęła po policzku profesorki.
- W bibliotece znalazłam, że Hermiona była wybitną uczennicą i do tego mugolskiego pochodzenia. Nazywano ją najmądrzejszą osobą od czasów Roveny Ravenclaw. Czy to prawda?
- Prawda, prawda. Ba, ona była mądrzejsza od Ravenclav! - powiedziała Ruda.
- To jak to możliwe, że zakochała się w chłopaku z arystokratycznej rodziny, który przez całe życie jej dokuczał?
- Skąd ty to wszystko wiesz? - zapytała podejrzliwie Ginny.
- W bibliotece jest dużo cennych informacji - odpowiedziała tajemniczo dziewczyna.- Wracając do twojego pytania, nie wiem jak to się stało, ale to było prawdziwe, szczere uczucie... Koniec tej wojny miał być początkiem ich szczęśliwego zakończenia... a był jego końcem.
_________________________________________________________________________________
Hej!
Według mnie, miniaturka całkiem spoko. Niestety mój surprise się nie wypełni się do końca, ponieważ ktoś* mi go wybił z głowy. Mam nadzieję, że nie gniewacie się z tego powodu, może innym razem :) Miniaturka ze specjalną dedykacją dla Rose, która uwielbia Notta, a dodaję go do moich rozdziałów dosyć nieczęsto. Tak więc miłego czytania,
hairy
*(dopisek Promienistej) to ja ;))
Świetna miniaturka!
OdpowiedzUsuńCieszę się, że jednak nie dodałaś tamtej. ;)
Dziękuje za dedykację ;-). Wyciskasz ze mnie łzy. Ja się tak nie bawię. Nie dość, że czasem mi spojlerujesz jakieś filmy to jeszcze piszesz takie złe zakończenie. ;(
OdpowiedzUsuńPozdrawiam, Rose.